środa, 5 marca 2014

10. Grupa Nieustraszonych

W Pokoju Wspólnym Gryfonów było od kilka dni jakoś inaczej. Choć nikt nie potrafił powiedzieć o co dokładnie chodzi, to każdy odczuwał różnicę w panującej atmosferze. Było jakoś tak… cicho i … spokojnie.
Syriusz Black spojrzał na swoich towarzyszy. Remus czytał książkę, Peter ćwiczył zaklęcia niewerbalne, których wciąż nie udało mu się opanować, a James ze zmarszczonymi brwiami wpatrywał się w kąt, w którym siedziała Lily Evans. Pewnie znowu rozmyślał o ich randce. Syriusz tylko westchnął i wywrócił oczami. Nie potrafił zrozumieć, jak można się aż tak strasznie zmienić z powodu dziewczyny. Miłość – mawiał Lupin, ale Syriusz w to nie wierzył. Miłość to jakiś głupi wymysł, liczy się tylko prawdziwa przyjaźń.
Chłopak wstał i powoli podszedł do okna. Deszcz i szarość – typowa angielska jesień. Nie można posiedzieć po błoniach, potrenować quiddicha – człowiek jest zmuszony do siedzenia w zamku i umierania z nudy. Chciałby zrobić coś pożytecznego, ale jedyne co mu przychodziło do głowy, to znalezienie jakiegoś Ślizgona i zrujnowanie mu dnia. To robactwo trzeba tępić. Wszyscy wiedzą, że już nie mogą się doczekać aż skończą szkołę i przyłączą się do Śmierciożerców. Teraz pewnie siedzą sobie wszyscy razem, z jego braciszkiem na czele i dokształcają z zakresu czarnej magii. Aż się skrzywił na tę myśl.
Gardził ludźmi niepotrafiącymi odróżnić dobro od zła. Nie rozumiał też słabych ludzi, którzy dołączali do Voldemorta ze strachu. On osobiście wolałby zginąć w najgorszych męczarniach niż stać się jego zwolennikiem. Broniłby się do ostatniej chwili, ale na pewno nie poddał. Szkoda, że nie wszyscy byli na tyle silni i odważni. To tego powinni ich uczyć w szkole, a nie jakiejś durnej historii. Przecież Dumbledore sam był wielkim przeciwnikiem Voldemorta. Nie raz podsłuchali z Jamesem jak państwo Potter rozmawiali o założonej przez niego tajnej organizacji, Zakonie Feniksa, która ma na celu walkę z Voldemortem i jego zwolennikami.
Miał już dość siedzenia w Pokoju Wspólnym, więc postanowił się przejść. Po prostu powłóczyć bez celu po korytarzach. A może trafi mu się jakiś Ślizgon, którego będzie mógł podręczyć? Albo jakaś fajna laska do podrywu? To zdecydowanie lepsze od siedzenia i nic nie robienia. Oznajmił kolegom, że sobie idzie, po czym przeszedł przez dziurę za portretem Grubej Damy i zaczął iść przed siebie.
Zastanawiał się jak będzie wyglądało ich życie po zakończeniu szkoły. Z jednej strony zawsze marzył o tym, żeby zostać zawodowym graczem w quidditcha, ale z drugiej, w związku z sytuacją panującą w świcie czarodziejów, coraz bardziej ciągnęło go do zostania aurorem. Nawet chodził na wszystkie przedmioty niezbędne do rozpoczęcia tej kariery. Syriusz Black, z rodziny tych Blacków aurorem, to dopiero ironia losu – pomyślał i uśmiechnął się pod nosem. Wiedział, że James ma podobne odczucia, w końcu nie raz o tym rozmawiali i pod tym kątem wybierali razem przedmioty, na które będą chodzić. Wiedział też, że James już dostawał sporo propozycji od drużyn quidditcha, niektórych bardzo prestiżowych i nie potrafił zgadnąć co zadecyduje jego przyjaciel.
Był tak zamyślony, że nie zauważył, jak zza rogu wypadła jakaś osóbka. Zderzyli się ze sobą, a dziewczynie wypadły z rąk książki. Pospiesznie ukucnęła i zaczęła je zbierać, przez co Syriusz zobaczył tylko jej długie kruczoczarne loki.
- Przepraszam – powiedział i schylił się, żeby jej pomóc.
- Nie ma sprawy, to ja nie powinnam tak pędzić po korytarzach – odpowiedziała dziewczyna. Lekko uniosła głowę i spojrzała na Syriusza. Od razu zauważył jej piękne oczy, o nietypowo intensywnym błękitnym kolorze. W zestawieniu z jej jasną karnacją i czarnymi włosami sprawiały jeszcze większe wrażenie. Chłopak wręcz zatonął w tym spojrzeniu, przez co po raz pierwszy odjęło mu mowę na widok dziewczyny. Szybko jednak otrząsnął się z osłupienia i przybrał swoją minę podrywacza.
- Masz rację, po takim zderzeniu mogła stać mi się krzywda, nawet trochę boli mnie ręka – powiedział lekko napinając biceps. Zauważył, jak dziewczynie powiększyły się oczy i rozchyliły usta. O tak, ona jest już jego.
- Może mogę się jakoś zrekompensować? – zapytała dziewczyna. Była wyjątkowo piękna, Syriusz aż się zdziwił, że nie wypatrzył jej wcześniej.
Nagle jego uwagę przykuł kolejny szczegół. Zielono-srebrny krawat. Była Ślizgonką. Jego twarz wykrzywiła się w grymasie.
- Możesz, najlepiej jak najszybciej znikając mi z oczu – powiedział patrząc na nią z obrzydzeniem. Twarz dziewczyny zastygła w bezruchu, najwyraźniej była w szoku.
Syriusz stwierdził, że skoro ona się nie rusza, to w takim razie on odejdzie. Oddał jej wszystkie książki, po czym ruszył przed siebie, nawet się nie oglądając.
- Syriuszu! Poczekaj! – zaczęła za nim wołać. To ona go znała? W sumie nic w tym dziwnego, jego zna każdy w tej szkole. Lekko zwolnił i spojrzał przez ramię. Dziewczyna truchtała w jego stronę.
- Od dawna chciałam z tobą porozmawiać, ale nigdy nie miałam na to odwagi. Mam na imię Sonia – powiedziała dziewczyna wyciągając rękę. Jej twarz oblał lekki rumieniec.
- Ze Ślizgonami się nie zadaję – odpowiedział obojętnie Syriusz, nie wyjmując rąk z kieszeni. Dziewczyna wyglądała jakby się miała zaraz rozpłakać, ale jego to nie ruszało.
- Ja… nie wszyscy Ślizgoni są tacy, jak myślisz. To, że urodziłam się w takim, a nie innej rodzinie nie powinno mnie z góry przekreślać, chyba sam coś o tym wiesz. Słyszałam o tym, jak postawiłeś się swojej rodzinie i bardzo to podziwiam. Ja nie mam aż tyle odwagi… - dodała niemal szeptem.
- No widzisz, i tu się różnimy. Ty chcąc nie chcąc po skończeniu szkoły dołączysz do zwolenników Voldemorta. Sama przyznajesz, że jesteś zbyt słaba, żeby się sprzeciwić. Gardzę takimi ludźmi. A teraz wybacz, bo mam lepsze rzeczy do roboty, niż rozmowa z tobą – powiedział, po czym zdecydowanie skręcił w stronę schodów.
            Dziewczyna już za nim nie szła. Co za bezczelność, jakaś Ślizgonka będzie próbowała z nim rozmawiać i jeszcze mówi, że go podziwia. Przecież nie liczą się słowa, a czyny. Niech sama się postawi swojej rodzinie, to może wtedy nie będzie jej z góry przekreślał. Jakiś głos podpowiadał mu, że takim osobom jak ona faktycznie może być ciężko. Cała rodzina popiera Voldemorta, wszyscy znajomi w szkole też – nawet nie ma komu się przyznać, że wybiera inną drogę. Trochę pożałował, że tak na nią naskoczył. Tym bardziej, że była taka ładna… Rozważał, czy jej nie przeprosić przy najbliższej okazji, ale szybko zrezygnował z tego pomysłu. Kto wie co się dzieje w jej głowie, przecież ledwo ją poznał. Z jakiegoś powodu trafiła do Slytherinu, więc lepiej się trzymać od niej z daleka.
Nagle wpadł na genialny pomysł. Przecież takich jak ona może być więcej – osób, które wiedzą, że to co robi Voldemort jest złe, ale nie potrafiących się postawić rodzinie i znajomym. Skoro Ślizgoni mogą sobie zakładać tajne stowarzyszenia i nawet niespecjalnie się z tym kryć, to oni też! Ambicją Ślizgonów jest stać się Śmierciożercami, a cała reszta może pragnąć dołączyć do ich przeciwników! Razem wspierali by się i dodawali sobie odwagi. Cały rozpromieniony pobiegł do Pokoju Wspólnego i podszedł do grupki swoich przyjaciół.
- Chłopaki, wpadłem na fantastyczny pomysł! – powiedział. Reszta Huncwotów spojrzała na niego z zaciekawieniem. – Założymy młodzieżową wersję Zakonu Feniksa! Grupy ludzi, która ma siłę i odwagę w przyszłości walczyć z Voldemortem i jego zwolennikami.
- Genialny pomysł Łapo! – od razu przyklasnął mu James. W jego oku pojawił się znajomy błysk.
- Hmm… Pomysł może nie jest najgorszy, ale nie bardzo wiem czy realny. Jak ty to sobie wyobrażasz, co mielibyśmy robić? – zaciekawił się Lupin.
- Tak jak Ślizgoni zgłębiają czarną magię, tak my możemy zgłębiać i ćwiczyć ochronę przed nią! Każdy z nas lubi ten przedmiot, jest w nim dobry, więc może uda nam się przekonać do niego też innych uczniów. A im większą będą mieli wiedzę, tym większa szansa, że w przyszłości nie dadzą się zastraszyć i będą potrafili sprzeciwić się Voldemortowi!
- Ja tam jestem za. Może nie jestem orłem z OPCM, ale to mój ulubiony przedmiot i nawet lubię się go uczyć – powiedział Peter. Syriusz energicznie poklepał go po plecach.
- I o to chodzi! To co chłopaki, ustalone?
- Dalej nie jestem przekonany, ale możemy spotkać się w kilka osób i zobaczyć co z tego wyjdzie – powiedział Remus z uśmiechem.
- Zatem ustalone! – ucieszył się Syriusz. Czasem nie mógł się nadziwić, że jest aż tak genialny.


Pomysł Syriusza spotkał się z niesamowicie entuzjastycznym przyjęciem wśród uczniów. Plotka o założonym przez Huncwotów stowarzyszeniu migiem rozeszła się po Hogwarcie i co chwila jakaś nowa osoba zgłaszała chęć dołączenia do nich. Oczywiście większość stanowiły zakochane w nich dziewczyny, ale przecież nie ważne są przyczyny, ale sam fakt chęci dołączenia do Grupy Nieustraszonych, bo tak właśnie się nazwali. Nawet niektórzy z nauczycieli patrzyli na nich jakby przychylniej, a Peter przysięgał, że Dumbledore puścił mu oczko podczas śniadania.
Jako miejsce pierwszego spotkania wybrali jedną z opuszczonych klas na drugim piętrze. Już 10 minut przed umówioną godziną sala była tak pełna, że potrzebne było małe przemeblowanie. O umówionej godzinie przywitali wszystkich, wygłosili krótkie i zabawne mowy, po czym rozpoczęli spotkanie. Postanowili, że zaczną od zaklęć, dzięki którym uda się zamienić swój dom w trudną do odnalezienia kryjówkę.
Początkowo sceptyczny Remus bardzo zaangażował się w ten pomysł. Od ponad tygodnia wybierał zaklęcia, których mieli uczyć na pierwszym spotkaniu i pilnował, żeby cała czwórka opanowała je do perfekcji i mogła pomóc innym w ich nauce. Nawet Peter radził sobie wyjątkowo dobrze. Syriusz spojrzał z pewną czułością na swojego przyjaciela, który cierpliwie tłumaczył jakiejś Puchonce jak ma wymawiać poszczególne sylaby zaklęcia. Dobrze pamięta, jak było mu go żal na samym początku szkoły. Ludzie od razu zauważyli, że trochę odstaje od reszty uczniów i wiecznie się z niego wyśmiewali. Szybko zrobili z niego szkolną ofiarę i popychadło. On i James nie mogli na to patrzeć. Od zawsze starali się bronić słabszych, więc mimo dzielących ich różnic przyjęli go do paczki i się nim zaopiekowali. Z czasem się nawet zaprzyjaźnili. Peter może nie był typowym Huncwotem, ale miał wiele zalet. Był bardzo wierny, oddany, uczciwy i godzien zaufania. Zawsze pomagał im przy wycinaniu różnych kawałów, choć raczej od strony technicznej niż umysłowej. Ponadto zawsze krył swoich przyjaciół, czy to przed nauczycielami, czy zazdrosnymi dziewczynami i zawsze potrafił dotrzymać tajemnicy.
Syriusz nakrył się na tym, że raz po raz zerka w stronę drzwi, żeby sprawdzić, czy przypadkiem nie przyszła błękitnooka brunetka. W końcu to ona zainspirowała go do założenia Grupy Nieustraszonych i przyjście przez nią na spotkanie byłoby z pewnością aktem jej odwagi. Ale najwyraźniej dobrze ją ocenił. Postanowił nie zawracać nią sobie już głowy i podszedł do uroczej blondynki, żeby pomóc jej z nauką zaklęć.


Sonia Winslow spojrzała na zdjęcie przedstawiające dwie nastolatki i zaczęła szybko mrugać, żeby odgonić łzy. W Boże Narodzenie minie rok od śmierci Olivii, a do niej wciąż nie docierało, że jej przyjaciółkę spotkał tak straszny los.
Poznały się w trzeciej klasie, na Opiece nad Magicznymi Zwierzętami. Żadna z jej koleżanek nie zapisała się na ten przedmiot, więc poniekąd była zmuszona dobrać się w parę z energiczną Krukonką, Olivią. Od początku niezwykle łatwo im się rozmawiało. Dziewczyna była wyjątkowo otwarta i nie zwracała uwagi na to, że Sonia jest Ślizgonką. Z każdą lekcją Sonia coraz bardziej lubiła jej towarzystwo i w pewnym momencie ich znajomość przekształciła się w przyjaźń. Pewnego dnia Olivia wyjawiła jej, że pochodzi z mugolskiej rodziny. Sonia zareagowała bardzo nerwowo. Zaczęła wrzeszczeć, że nie będzie zadawać się ze szlamą i postanowiła czym prędzej zakończyć tę znajomość. W końcu tego uczyli ją od dziecka – czarodzieje są o niebo lepsi i nie powinni zadawać się z plebsem.
Jednak dość szybko zaczęło jej brakować tej przyjaźni. Olivia, w przeciwieństwie do reszty jej koleżanek ze Slytherinu, była bardzo pozytywną, niewywyższającą się osobą, z którą mogła porozmawiać na każdy temat. W dodatku dobrze się uczyła i absolutnie w niczym nie odstawała od reszty. Dla Sonii przestało się liczyć jej pochodzenie. Kilka razy miała ochotę przeprosić Olivię, ale duma jej na to nie pozwalała. W końcu postanowiła się przemóc i wysłać byłej przyjaciółce prezent bożonarodzeniowy, z załączonym listem z długimi przeprosinami. Nie wie, czy dziewczyna go kiedykolwiek dostała i otworzyła. Po powrocie do szkoły dowiedziała się, że w noc Wigilijną Śmierciożercy wdarli się do jej rodzinnego domu i wszystkich zabili.
Na tę wieść Sonia poczuła się, jakby ktoś z całej siły walnął ją pięścią w brzuch. Nawet nie kryła się z łzami, choć nikt nie rozumiał co ją może obchodzić los jakiejś szlamy, która zataiła przed nią swoje pochodzenie, tylko po to, żeby zbliżyć się do członka arystokratycznej rodziny i w ten sposób się dowartościować. Sonia wiedziała, że to nieprawda. Olivia była szczerą i dobrą osobą. Nie rozumiała czemu spotkał ją taki, a nie inny los.
Dziewczyna schowała zdjęcie głęboko w kufrze i otarła łzy. Nikt nie może jej nakryć jak opłakuje „szlamę” i tak już krążą o niej nieprzychylne plotki. Chciałaby mieć w sobie tyle siły, żeby móc powiedzieć rodzicom, co sądzi o ich poglądach. Pokłócić się ze znajomymi, którzy bez namysłu powtarzają zasłyszane w domu frazesy. Ale nie potrafi tego zrobić. Nie jest taka jak Syriusz Black.


- No chłopaki, to za sukces Grupy Nieustraszonych! – powiedział Syriusz unosząc w górę szklankę z Ognistą Whiskey. Reszta Huncwotów zrobiła to samo.
- Jest co świętować, było niesamowicie! Tyle osób chętnych do dodatkowej nauki obrony przed czarną magią. I nawet Lily przyszła na nasze spotkanie – powiedział James.
- Nie zaczynaj James! – wykrzyknęli Syriusz i Remus jednocześnie.
- Ale nawet nie wiecie jak mnie to męczy. Mamy za sobą wyjątkowo udaną randkę, która zamiast nas do siebie zbliżyć, oddaliła jeszcze bardziej…
- A ty nie wiesz jak męczące jest słuchanie po raz setny tego samego – mruknął Syriusz.
- No dobra, już się zamykam – powiedział naburmuszony James i wypił sporego łyka Ognistej Whisky. – A jak tam z tą blondynką Łapciu? Umówiliście się?
- No ba! Co prawda jest trochę głupiutka, ale wyjątkowo słodka. Taka w sam raz na raz – powiedział i puścił oczko. Remus wywrócił oczami, James się głośno zaśmiał, a Peter jak zwykle nie krył podziwu dla przyjaciela. 



______________________________________________________

Tym razem dałam spokój Jamesowy i Lily (choć mogłabym o nich pisać cały czas ^^) i skupiłam się na Syriuszu. Jak widać dodałam też nową bohaterkę. Jestem bardzo ciekawa Waszych opinii :) 
W kolejnych rozdziałach mam zamiar skupić się też na Remusie i Peterze, po czym powrócić do wątka Jily <3

piątek, 14 lutego 2014

9. Randka

Kilka ostatnich dni minęło wyjątkowo szybko i zanim Lily się obejrzała, nadeszła już sobota. Od rana nie opuszczało jej poczucie zdenerwowania. Po jaką cholerę zgodziła się umówić z Potterem?! W dodatku w pewnym sensie to ONA zaprosiła JEGO! Paranoja… Miała nadzieję, że chłopak będzie chciał zaczekać z realizacją obiecanej randki do najbliższego wypadu do Hogsmeade, a ona mogłaby się do tego czasu jakoś wymigać, ale Huncwot kazał jej zarezerwować sobie czas już w najbliższą sobotę. Nie miała pojęcia, co zaplanował, ale znając chłopaka, nie miała co liczyć na zwykłe siedzenie na kocyku pod drzewem. Obstawiała raczej jakiś lot na miotle albo, biorąc pod uwagę to, czego się ostatnio dowiedziała, przejażdżkę na jeleniu.
Nagle do pokoju wleciała mała sówka i upuściła na jej kolana białą lilię, do której przyczepiona była karteczka. Lily odczepiła ją i przeczytała zapisaną nieco koślawym pismem wiadomość:


Spotkajmy się w Pokoju Wspólnym o 20. 
James


- Od kogo to? – zapytała Alice zanim Lily zdążyła schować kwiat i liścik. Zręczna ścigająca szybko przechwyciła karteczkę i zapoznała się z jej treścią - O! Mój! Boże! Umówiłaś się z Jamesem Potterem?! I nic mi nie powiedziałaś?! Jak, co, gdzie, kiedy?! I przysłał ci lilię? Oo, jak romantycznie! I DLACZEGO NIC MI O TYM NIE POWIEDZIAŁAŚ?!
- Ciszej, Alice! – odparła dziewczyna wyrywając przyjaciółce karteczkę i pospiesznie chowając ją do kufra. – Wcale nie jestem pewna, czy pójdę.
- Jak to nie jesteś pewna czy pójdziesz? Co się dzieje? Mów do mnie! - wykrzykiwała blondynka zmuszając Lily, żeby skupiła na niej całą swoją uwagę.
- Ja… On… To… skomplikowane – zaczęła się jąkać.
- Co w tym skomplikowanego? Jest chłopak, jest dziewczyna, jest między nimi chemia, to umawiają się na randkę, proste. Nie mogę tylko zrozumieć, czemu utrzymywałaś to przede mną w tajemnicy. Nie ufasz mi?
- Nie gadaj bzdur, oczywiście, że ci ufam! Nie powiedziałam ci o tym tylko dlatego, że sama nie mogę do końca uwierzyć w to, że się zgodziłam. I jak już mówiłam, dalej nie wiem, czy w ogóle pójdę na tę randkę, więc nie chciałam siać zbędnego zamętu. A poza tym jaka chemia między nami? To on się za mną ugania, ja go przecież nie znoszę…
- Och, nawet mnie nie rozśmieszaj! Nie znosiłaś go może przez pierwsze cztery lata, kiedy był rozpieszczonym gówniarzem, któremu tylko psoty w głowie. Ale sama musisz przyznać, że od tego czasu bardzo zmężniał i spoważniał. A jeżeli chodzi o chemię, to tak samo była między mną a Frankiem. Wszyscy dookoła wyczuwali, że coś jest na rzeczy, tylko nie my. I zobacz jacy jesteśmy teraz szczęśliwi. Trzeba ufać ludzkiemu instynktowi.
Lily nie chciało się dalej brnąć w tę dyskusję, więc tylko obojętnie wzruszyła ramionami. Musiała przyznać, że faktycznie od dłuższego czasu coś ją ciągnęło do Pottera. Jakaś niewidzialna siła, której usilnie starała się oprzeć. Przez jakiś czas jej się to udawało, choć zdarzały się chwile słabości. Jednym z przełomowych momentów było chyba to, jak pod koniec poprzedniego roku zobaczyła Jamesa bez koszulki. Wciąż nie mogła sobie wybaczyć, że właśnie TO tak na nią zadziałało. Czuła się wtedy jak jedna z głupich fanek z klubu Potter&Black. Na szczęście kilka tygodni później zjawił się u niej w domu psując wesele Petunii i dając jej tym samym powód, żeby mogła się na niego obrazić i unikać. Miała nadzieję, że im więcej czasu będzie spędzała z dala od niego, tym szybciej uda jej się wybić z głowy to durne zauroczenie jego wyglądem. Kolejnym i chyba najważniejszym momentem było to, jak kilka dni temu James uratował jej życie. Był wtedy taki stanowczy i męski… I myśl, że tak się poświęca dla przyjaźni z Remusem… Dziewczyna zdała sobie wtedy sprawę, że chyba wciąż ocenia Jamesa przez pryzmat tego jaki był nieznośny w pierwszych latach szkoły. Ale teraz dojrzał, stał się mężczyzną. W tamtym momencie Lily poczuła się, jakby ją nagle trafiła strzała Amora i zgodziła się z nim umówić. Ale kiedy emocje już opadły, zaczęła poważnie żałować tej decyzji…


James stał w Pokoju Wspólnym i niecierpliwie przestępował z nogi na nogę. Minęła już 20, a Lily jeszcze nie było. Oczywiście ze swojego doświadczenia w randkowaniu wiedział, że dziewczyny prawie zawsze się spóźniają, bo muszą sobie ułożyć włosy, zrobić makijaż, sto razy się przebrać itd., ale tym razem każda mijająca sekunda była dla niego koszmarem.
Kiedy Lily zgodziła się z nim umówić poczuł się tak szczęśliwy, jak jeszcze nigdy w życiu. Od tego momentu miał wrażenie, jakby nie chodził, tylko unosił się parę metrów nad ziemią (i to bez miotły). Nie mógł spać, jeść ani się na niczym skupić. Myślał tylko o najbliższej sobocie. Gdyby Lily się jednak rozmyśliła, to chyba by mu pękło serce. W swoim życiu miał wiele dziewczyn, ale jeszcze nigdy nie czuł się w ten sposób. Nie wiedział co było w tej rudej osóbce, że miała na niego aż taki wpływ.
W tym momencie James zobaczył Lily schodzącą ze schodów. Jego serce na chwilę zamarło, po czym zaczęło bić tak szybko, że bał się, że zaraz wyskoczy mu z klatki piersiowej. Jednak przyszła! I wygląda wręcz zjawiskowo! Na co dzień raczej nie przywiązywała większej wagi do swojego wyglądu, ale teraz, gdy stała przed nim uszykowana na randkę, to zdał sobie sprawę, że z pewnością jest najpiękniejszą dziewczyną na całym świecie. Większość ludzi przypięła jej łatkę kujonki i sztywniary, przez co tego nie zauważali, ale to tylko ich strata.
Lily była drobna i szczupła. Na randkę założyła fioletową obcisłą sukienkę i czarne szpilki, w których i tak była o pół głowy niższa od Jamesa. Swoje duże oczy o przepięknym zielonym kolorze podkreśliła cieniem i tuszem do rzęs, a pełne usta błyszczykiem. Jej długie, gęste kasztanowe włosy układały się w delikatne fale. Do tego ten jej zadziorny charakter – ideał kobiety.
Chłopak wziął głęboki wdech, wydech po czym przywołał na twarz swój czarujący uśmiech. Lily delikatnie go odwzajemniła i podeszła bliżej.
- Pięknie wyglądasz – James szepnął jej do ucha i musnął ustami jej policzek. Dziewczyna lekko się wzdrygnęła.
- Dzięki – odpowiedziała trochę nieśmiało. – To… co robimy?
- Proponuję najpierw… - zaczął chłopak, ale przerwał mu czyjś okrzyk. Odwrócił się w kierunku z którego dochodził ten dźwięk i zobaczył swojego przyjaciela, Syriusza Blacka wdrapującego się na krzesło.
- Uwaga ludzie! Nadszedł historyczny moment! Dziś, to jest 17-tego września 1977 roku o godzinie 20:07 Lily Evans idzie na randkę z Jamesem Potterem! Do ostatniej chwili nie wierzyłem, że Rogaś mówi prawdę, ale jak widać nie doceniłem mojego przyjaciela – mówiąc to Black lekko skłonił się w stronę Jamesa, a następnie machnął różdżką i na środku Pokoju Wspólnego zmaterializowała się wielka zapisana tablica. - A teraz czas na rozstrzygnięcie zakładów! Ci, którzy obstawiali, że nigdy się nie umówią, niestety przegrali. Ci, którzy….
- ROBIŁEŚ ZAKŁADY O TO, KIEDY SIĘ UMÓWIĘ Z POTTEREM?! – wykrzyknęła Lily nie pozwalając mu dokończyć. Oczy wszystkich zwróciły się na nią.
- Ee… tak – odpowiedział Syriusz i uśmiechnął się szeroko.
- Jesteś niemożliwy! – odkrzyknęła wściekła Lily. Nie było już śladu po tej onieśmielonej dziewczynie, jaką zdawała się być jeszcze minutę temu. – Wiedziałeś o tym? – zwróciła się do Jamesa.
- No co ty – odpowiedział chłopak unosząc w geście poddania obie ręce w górę. – Daj spokój, po prostu stąd wyjdźmy…
- Dać spokój?! Po moim trupie! Jeszcze się policzymy Black! – wykrzyknęła, ale dała się wyprowadzić Jamesowi z pokoju.


- Przepraszam Lily, nie miałem pojęcia o tych zakładach – powiedział zmieszany Potter, kiedy już stali na korytarzu.
- Mam taką nadzieję – odpowiedziała dziewczyna, już nieco spokojniej.
- Wracając do naszej randki, proponuję najpierw coś zjeść. Co powiesz na kolację?
- Dobrze rozumiem, że chcesz iść do Wielkiej Sali na kolację? – zapytała Lily. Była nieco zawiedziona, w głębi liczyła na to, że Huncwot wysili się na coś więcej.
- Na kolację tak, ale nie do Wielkiej Sali. Chodź za mną – powiedział chłopak, po czym złapał ją za rękę i zaczął gdzieś prowadzić.
Po dłuższej chwili stanęli przed obrazem ukazującym miskę owoców. Lily dalej niewiele rozumiała i już otwierała usta, żeby zapytać Jamesa co oni tu robią, kiedy chłopak połaskotał gruszkę, a ta zachichotała i zamieniła się w klamkę. Chłopak pociągnął za nią, po czym gestem zachęcił Lily, żeby weszła do pomieszczenia za obrazem. Tym pomieszczeniem okazała się być kuchnia.
- Czy my możemy tu być? – zapytała Lily lekko spanikowana.
- Dziś złamiemy wiele reguł, przygotuj się na to. Ale będziemy bardzo ostrożni, obiecuję, nie ma szans, żeby nas przyłapali – odparł chłopak z uśmieszkiem na twarzy. Nagle podbiegł do nich jeden ze skrzatów domowych pracujących w kuchni.
- James Potter, sir! Okruszek się bardzo cieszy, że pana widzi! – powiedział kłaniając się przed nim. - Wszystko jest przygotowane, tak jak James Potter prosił. Witam też panią Lily Evans. Pan Potter miał rację, jest pani bardzo piękna. Zapraszam, zaprowadzę was na miejsce – powiedział, po czym skocznym krokiem zaczął kierować się do rogu sali. Widać, że był bardzo podekscytowany.
Po chwili stanęli przed pięknie nakrytym stolikiem. Po jego dwóch stronach znajdywały się talerze, sztućce, kieliszki i wymyślnie złożone serwetki. Na środku stały świecie, które Okruszek zapalił pstryknięciem palcami, a kieliszki napełnił czerwonym winem.
- Siadajcie, zaraz Okruszek poda jedzenie. Czego sobie zażyczycie?
- Lily? Możesz wybrać cokolwiek chcesz, skrzaty na pewno chętnie to przygotują – powiedział James, odsuwając jej krzesło. Dziewczyna usiadła i chwilę się zastanowiła.
- Hm… Jeżeli to nie problem, to poproszę lasagne. Zawsze wam wspaniale wychodzi, a tak rzadko ją podajecie.
- Cieszę się, że pani smakuje! – powiedział wyraźnie uradowany skrzat. – Zaraz ją przyszykujemy i podamy. A James Potter czego sobie życzy?
- Ja jak zwykle skuszę się na stek wołowy. Nikt nie przyrządza go lepiej od was – powiedział, a Okruszek aż podskoczył i przyklasnął z radości, po czym oddalił się do reszty skrzatów.
- Jak zwykle? To znaczy, że często tu przychodzisz? – zapytała Lily.
- No a jak myślisz, skąd bierzemy jedzenie na wszystkie imprezy – odparł chłopak puszczając do niej oczko.
- Szczerze, to nigdy o tym nie myślałam, podświadomie chyba wolałam tego nie wiedzieć – powiedziała. - Mówiłeś, że złamiemy dzisiaj wiele reguł. To znaczy, że zdradzisz mi więcej tego typu sekretów? Pamiętaj, że jestem Prefektem Naczelnym – dodała z zadziornym uśmieszkiem.
- Może jestem naiwny, ale wierzę w to, że mnie nie wydasz. W końcu robienie zwykłych rzeczy jest nudne, a ja chciałbym, żeby ta randka wyszła jak najlepiej. A trochę adrenaliny nikomu nie zaszkodzi.
- Właśnie tego się po tobie spodziewałam, Potter.
- James, Lily. Mam na imię James. Myślę, że nadszedł czas, żebyśmy zaczęli sobie mówić po imieniu – powiedział z ujmującym uśmiechem.
Lily się zarumieniła. Miała wrażenie, że gdyby nie siedziała, to ugięłyby się pod nią kolana. Uratował ją Okruszek, który zjawił się z zamówionymi przez nich daniami. Upewnił się, że niczego im nie trzeba, po czym znów się oddalił.
Kolacja przebiegła w bardzo miłej atmosferze. Lily i James rozmawiali, śmiali się i flirtowali. Po deserze podziękowali skrzatom i opuścili kuchnię.
- No dobra Pott… James, 10 minut temu zaczęła się cisza nocna. Rozumiem, że wracanie o tej porze do wieży zaliczasz do łamania reguł, o których mówiłeś – powiedziała cichutko Lily, kiedy już stali na korytarzu. Chociaż akurat ona nie musiała się za bardzo obawiać, jako Prefekt Naczelny mogła chodzić po szkole o każdej porze. W razie czego powie, że właśnie przyłapała Pottera na wałęsaniu się i chciała odprowadzić go do profesor McGonagall.
- A nie masz ochoty napić się piwa kremowego? – zapytał chłopak z łobuzerskim uśmieszkiem.
- To podchwytliwe pytanie?
- Ani trochę. Zazwyczaj ktoś albo ma ochotę na piwo albo nie…
- Już się tak nie wymądrzaj Potter. To znaczy James, ciężko mi będzie zmienić swoje nawyki. W sumie, to mogę się jeszcze napić piwa.
- Miałem taką nadzieję. W takim razie chodźmy – powiedział James, po czym wyjął z kieszeni mapę, stuknął w nią różdżką i coś wymamrotał i zaczął gdzieś prowadzić Lily.
- Właściwie co to za mapa? Ostatnim razem też ją wyjąłeś, ale jakoś wtedy nie miałam okazji o to spytać…
- Mapa Huncwotów, nasz wynalazek – powiedział chłopak i dumnie wypiął pierś. – Pokazuje wszystkie szczegóły Hogwartu, w tym ludzi i ich aktualne położenie oraz wszystkie znane nam tajne przejścia i sposoby ich otworzenia. Ta mapa nie raz uratowała nam skórę. Zobacz, teraz jesteśmy tutaj – powiedział zwalniając i pokazując Lily mapę. Wskazał na dwie poruszające się kropki, podpisane ich imionami i nazwiskami. – Idziemy tutaj, więc najprościej będzie pójść schodami w gorę i na prawo. Filch jest teraz koło lochów, a większość nauczycieli w swoich gabinetach, więc nie powinniśmy na nikogo wpaść.
Po chwili dotarli na wskazane przez Jamesa miejsce, którym okazał się nim być posąg jednookiej czarownicy. James wypowiedział jakieś zaklęcie, a jej garb się otworzył, ukazując wąski korytarz.
- Panie przodem – powiedział chłopak wskazując Lily korytarz. Dziewczyna niepewnie mu się przyjrzała.
- Dokąd prowadzi ten korytarz? – zapytała.
- Do Hosmeade, a gdzie indziej chciałabyś się napić kremowego piwa o tej porze?
- A czy to… bezpieczne? No wiesz, teraz, kiedy wszędzie są śmierciożercy…
- Będziesz ze mną, poradzimy sobie. Wiem, że w Hogwarcie jest nam najbezpieczniej, ale już za niecały rok opuścimy tę szkołę i będziemy zdani tylko na siebie. Poza tym nie można żyć tylko strachem, trzeba mieć w życiu trochę rozrywki i radości. Ale zrozumiem, jeżeli nie będziesz chciała iść – powiedział chłopak ze smutkiem w oczach.
Lily wahała się przez długą chwilę. Może James miał rację, może powinna na pewien czas zapomnieć o strachu i cieszyć się chwilą. W końcu (choć ciężko jej to przyznać) dobrze bawiła się na tej randce i chciała, żeby trwała jeszcze dłużej…
Niepewnie ruszyła wgłąb korytarza, oświetlając sobie drogę za pomocą różdżki. James szedł tuż za nią. Po parunastu minutach znaleźli się na miejscu. Jak wyjaśnił James, była to spiżarnia w Miodowym Królestwie.
- Czas poznać kolejny z moich sekretów– powiedział chłopak. – Peleryna niewidka. Przekazywana w mojej rodzinie z pokolenia na pokolenie. Jeszcze bardziej przydatna niż mapa, nawet nie wiesz ile numerów dzięki niej wywinęliśmy.
- Domyślam się - odpowiedziała Lily. - To prawdziwa peleryna niewidka? Z tego co czytałam, to tylko legenda i one wcale nie istnieją…
- Najwyraźniej nie wszystko co piszą w książkach to prawda. Spójrz tylko – powiedział James, po czym zniknął.
Lily głęboko wciągnęła powietrze. Czyżby zamierzał ją tu samą zostawić? Z jednej strony nie spodziewała się tego po nim, ale z drugiej do tej pory nie mogła zapomnieć tego jedynego do tej pory razu, kiedy mu zaufała i została wrobiona w obrzucenie korytarza łajnobombami. Ale ona była wtedy naiwna! Już miała zacząć krzyczeć, kiedy chłopak pojawił się obok niej.
- To co, idziemy do Pubu pod Trzema Miotłami na piwko? Nie bój się, spokojnie zmieścimy się we dwójkę pod peleryną. Tylko musisz się do mnie blisko przysunąć – powiedział z łobuzerskim uśmiechem.
Lily przewróciła oczami i schowała się pod peleryną obok niego. Kiedy ich ciała się stykały czuła jakby duszność i gorąco, a jej serce biło o wiele szybciej niż zazwyczaj. Miała tylko nadzieję, że James tego nie poczuje. Powoli prześlizgnęli się przez klapę w podłodze, przeszli przez Miodowe Królestwo i wyszli na zewnątrz. Tam James zrzucił pelerynę.
- Wiesz Lily, jestem bardzo mile zaskoczony, że zgodziłaś się tu ze mną przyjść. Szczerze mówiąc to trochę się bałem, że polecisz do McGonagall jak tylko dowiesz się o tajnym przejściu, ale dobrze, że ci zaufałem – powiedział, kiedy już szli do Trzech Mioteł.
- Nie mów hop… - odpowiedziała Lily i lekko go szturchnęła w bok.
Po chwili doszli do pubu i zamówili po piwie. W środku było sporo osób, więc nikt nie zwracał na nich specjalnej uwagi. Zajęli najdalszy stolik od drzwi, dzięki czemu, gdyby nagle do pubu przyszedł jeden z ich nauczycieli, zdążyliby się schować pod pelerynę i uciec.
Znów bardzo dobrze im się rozmawiało. Lily dowiedziała się bardzo dużo o Jamesie i jego rodzinie, o różnych przygodach Huncwotów i o kilku ciekawostkach związanych z quidditchem. Sama też bardzo się przed nim otworzyła, być może powiedziała o sobie wręcz za dużo.
Kiedy dobiegła pierwsza w nocy, zgodnie doszli do wniosku, że już pora wracać. W doskonałych humorach zakradli się pod peleryną do Miodowego Królestwa i odnaleźli korytarz prowadzący do Hogwartu. Droga korytarzem minęła im bardzo szybko, wręcz zbyt szybko. Na jego końcu znów założyli pelerynę i szybkim krokiem przedostali się do Pokoju Wspólnego Gryfonów.
- Świetnie się dzisiaj bawiłem – powiedział James, kiedy już zamknęła się za nimi dziura w portrecie. – Mam nadzieję, że to jeszcze powtórzymy w niedalekiej przyszłości.
- Zobaczymy – odpowiedziała Lily z uśmiechem. - Dobranoc James.
- Dobranoc – odpowiedział, po czym nieśmiało zaczął się nachylać w jej stronę.
Lily miała wielką ochotę zarzucić mu ręce na szyję i go pocałować, ale wiedziała, że nie może tego zrobić. Bała się, że wtedy go straci, że interesuje się nią tylko dlatego, że jest jedyną dziewczyną, która potrafiła dać mu kosza. Dlatego przezwyciężyła chęć oddania się namiętnemu pocałunkowi, cmoknęła go w policzek i udała się do swojego dormitorium.
___________________________________________________
Jest tyle rzeczy, które chciałabym tutaj napisać... Ale postaram się, żeby było krótko. 
Po pierwsze przepraszam, że na tak długi czas porzuciłam bloga. Wiele razy chciałam się za niego zabrać, ale jakoś nie potrafiłam znaleźć na to siły. W wolnych chwilach często zaglądałam na cudze blogi, po czym miałam ochotę sama coś napisać, ale jak tylko otwierałam Worda, to to uczucie znikało. 
Jednak po wielu miesiącach w końcu udało mi się w końcu napisać i opublikować nowy rozdział :) Trochę wyszłam z wprawy i wiem, że mocno odbiega on od ideału, ale mam nadzieję, że dalej będzie już tylko lepiej. Bardzo chciałam opublikować ten rozdział w Walentynki (w końcu jego tytuł to "Randka") i udało mi się! Nawet 20 min w zapasie :) Mam nadzieję, że blog będzie jeszcze miał jakichś czytelników.
Podczas mojej przerwy czytałam wiele blogów (zwłaszcza z mojej listy czytelniczej), ale jakoś nie miałam siły ich komentować. Mam nadzieję, że uda mi się nadrobić te zaległości :)
Pozdrawiam Was wszystkich serdecznie i dziękuję, że zajrzeliście na mojego bloga ;*

sobota, 11 maja 2013

8. Sekret Lunatyka

- Nie mogę uwierzyć, że to nasz ostatni rok w Hogwarcie… – powiedział wyraźnie zmartwiony Peter, tuż po tym, jak Dumbledore skończył swoją przemowę. 
- Ja też – odparł Remus. - Czuję się, jakbym dopiero wczoraj stał wśród pierwszoroczniaków i czekał na przydział do jednego z domów. Sam nie wiem kiedy minęło to siedem lat...
- Nie bądźcie tacy przygnębieni! – przerwał im Syriusz. – Spójrzcie na to z innej strony, został nam cały rok na to, żeby sprawić, że ta szkoła nigdy o nas nie zapomni! Ten rok przejdzie do historii, mogę wam to obiecać. Na początek impreza inauguracyjna w Pokoju Wspólnym – dodał z szelmowskim uśmiechem puszczając oczko do siedzącej w pobliżu blondynki.
- Nie mogę uwierzyć, że wciąż się do mnie nie odezwała! – powiedział niespodziewanie milczący do tej pory James. – W wakacje napisałem do niej pięć listów, ale na żaden nie odpisała. Chciałem ją złapać w pociągu, ale szybko uciekła do przedziału Prefektów, potem zajmowała się pierwszoroczniakami, więc znowu nie mieliśmy okazji porozmawiać, a teraz usiadła przy przeciwnym końcu stołu! A już myślałem, że powoli zaczyna się między nami układać… Na weselu tak dobrze nam się rozmawiało i tańczyło, Lily wyglądała na bardzo szczęśliwą, w jej oczach widać wręcz było iskierki radości, aż nagle pojawiła się ta zołza…
- Halo, ziemia do Rogacza! – uciszył go Syriusz - Nie poznaję cię, ja gadam o imprezie, a ty mi nagle wyskakujesz ze swoimi miłosnymi problemami? Z miotły spadłeś, czy co?
- Co? Impreza? Dobry pomysł! Wtedy na weselu Evans była trochę wstawiona, może jak teraz trochę się napije to znowu się rozluźni i uda mi się z nią pogadać. Powiem jej, że… -  James chciał powiedzieć coś jeszcze, ale żadne słowa nie wydostawały się z jego ust. Oderwał wzrok od Lily i spojrzał na siedzącego obok niego Syriusza. Chłopak trzymał w ręku różdżkę, a na jego twarzy malował się szeroki uśmiech.
- Sorry stary, ale musiałem cię uciszyć. Pół lata słuchałem twojej paplaniny o Evans, więcej już tego nie zniosę!
- Poza tym, teraz masz świetną okazję, żeby poćwiczyć zaklęcia niewerbalne – dodał ucieszony Remus. James rzucił mu wściekłe spojrzenie, po czym cisnął w niego czekoladową babeczką. Chwilę później przy stole Gryfonów rozpętała się wielka bitwa na jedzenie, którą zakończyła dopiero interwencja profesor McGonagall.

Wieczorna impreza w Pokoju Wspólnym rozkręcała się na dobre. Huncwoci jak zwykle postarali się o jedzenie i napoje, z czego zwłaszcza to drugie bardzo szybko znikało ze stołu. Choć większość pierwszoroczniaków po dniu pełnym wrażeń poszła spać, to w pokoju i tak panował tłok. Najwięcej osób skupionych było wokół kanapy przy kominku, na której siedzieli Huncwoci i zabawiali rozmówców swoimi historiami. Syriusz i James tradycyjnie otoczeni byli sporą grupką dziewczyn. Black był wyraźnie w swoim żywiole i radośnie popisywał się przed upatrzoną wcześniej blondynką, za to siedzący obok niego Potter, wyjątkowo nie był aż tak rozmowny jak jego przyjaciel. Oczywiście również żartował i opowiadał anegdotki ze swojego życia, ale przy tym często lekko nieobecny, a momentami wręcz zaniepokojony rozglądał się po pokoju. Kiedy powoli dopijał trzecią szklankę ognistej whiskey, w końcu wypatrzył wśród tłumu rudą głowę. Serce od razu zabiło mu szybciej, więc przeprosił swoje rozmówczynie i momentalnie znalazł się u boku Lily.
- Na miłość boską, co tu się dzieje?! – krzyknęła zanim zdążył cokolwiek powiedzieć.
- Nic, tylko impreza – odparł James wykonując niedbały gest ręką. – Szukałem ciebie, bo chciałem porozmawiać. Napisałem do ciebie listy, ale…
- Przecież widzę, że impreza! Ma się natychmiast skończyć! Ledwo co wróciłam z zebrania dla prefektów, na którym tłumaczyłam innym jak mają panować nad porządkiem w swoich domach, a tu taka „niespodzianka”! – warknęła czerwona ze złości Lily. James nie rozumiał co w nią wstąpiło. Kiedyś nie reagowała tak ostro na imprezy, choć była już prefektem, z tym, że nie naczelnym. Dziewczyna wyjęła różdżkę i kilkoma jej ruchami wyłączyła muzykę oraz pozbyła się jedzenia i napojów.
- Koniec imprezy! Wszyscy spać! Natychmiast! – wykrzyczała. Gryfoni zaczęli wydawać z siebie pomruki niezadowolenia i niechętnie kierowali się w stronę schodów prowadzących do dormitoriów.
- Wyluzuj Lily! – próbował interweniować Syriusz. – Masz, napij się piwa kremowego. Podobno na weselu alkohol miał na ciebie dobry wpływ.
- Zamknij się Black i marsz do dormitorium! Mogę przymknąć oko na imprezy w weekend, ale przecież jutro rano zaczynają się zajęcia! Jesteście niepoważni!
Chłopak mruknął coś pod nosem, po czym objął ramieniem siedzącą obok niego blondynkę i powiedział jej coś na ucho. Dziewczyna się zarumieniła i zaczęła chichotać. Razem wstali z kanapy i objęci ruszyli w stronę schodów. Po kilku minutach w Pokoju Wspólnym zostali tylko Lily i James.
- Na co czekasz Potter, idź do dormitorium!
- Poczekaj, porozmawiajmy choć przez chwilę – powiedział chłopak, próbując złapać Lily za rękę. Dziewczyna mu jednak na to nie pozwoliła.
- Nie mamy o czym. Skoro ty tu zostajesz, to ja idę – odparła.
- Chciałem cię przeprosić! Jest mi bardzo przykro z powodu tego, co stało się na weselu. Przepraszam cię. Przepraszam, przepraszam, przepraszam! Ile razy mam to jeszcze powtórzyć, żebyś mi w końcu wybaczyła?
- Wiem, że jest ci przykro, ale co z tego, że ci wybaczę, skoro to i tak cię niczego nie nauczy i dalej będziesz się zachowywał dokładnie tak samo? Daj mi spokój, proszę – powiedziała odwracając się na pięcie i szybkim krokiem idąc w stronę schodów, prowadzących do dormitorium. James jeszcze przez dłuższą chwilę stał i wpatrywał się w miejsce, gdzie przed chwilą stała rudowłosa piękność.

Lily była wściekła. Była zła na siebie za to, że nie potrafiła się gniewać na Pottera, choć bardzo tego chciała. Tak naprawdę, to była mu wdzięczna. Postawił się Petunii, zrobił coś, na co ona nie miała odwagi. Oczywiście potem czekały ją nieprzyjemności, lecz wcale nie większe niż te, które przeżywała przez całe lato. Koniec końców Lily przestała obchodzić się z Petunią jak z jajkiem, zaczęła używać w domu czarów i otwarcie opowiadać o Hogwarcie. Poczuła się tak, jakby ktoś zdjął z niej olbrzymi ciężar. Dzięki temu, reszta wakacji była dla niej o wiele przyjemniejsza.
Chciała być zła na Jamesa. Chciała móc podrzeć i wyrzucić do kosza wszystkie listy, które od niego dostała. Chciała, tak jak kiedyś, uważać go za dupka. Chciała nie myśleć o nim każdego dnia. Chciała, żeby jej serce nie przyspieszało na widok jego uśmiechu… Ale tak nie było. Dlatego postanowiła go unikać.

~*~

Dochodziła już północ, a Lily wciąż nie skończyła swojego referatu na transmutację. Tego dnia obowiązki Prefekta Naczelnego zajęły jej sporo czasu, przez co naukę musiała odłożyć na późny wieczór. Okazało się mianowicie, że spora grupka Ślizgonów postanowiła potajemnie dokształcać się z zakresu czarnej magii. Zapewne nie udało by jej się tego odkryć, gdyby nie pewien trzecioroczniak, który bardzo głośno popisywał się przed resztą kolegów, że przyjęli go do tajnego Stowarzyszenia Czarnoksiężników. Jak tylko Lily to usłyszała, to od razu zawlokła go do wicedyrektorki, gdzie chłopak wyśpiewał wszystko na temat stowarzyszenia i jego członków. Prawie cały dzień zajęło Lily i drugiemu Prefektowi Naczelnemu, Danielowi Smithowi, wyłapywanie wszystkich jego członków i odprowadzanie ich do McGonagall, w celu wymierzenia kary. Mimo to, profesor nie zwolniła jej z obowiązku napisania referatu. Tak, ten dzień z pewnością nie należał do najlżejszych.
Dziewczyna postanowiła zrobić sobie chwilę przerwy. Zaparzyła sobie kubek herbaty, po czym usiadła z nim na parapecie i zaczęła wpatrywać się w widok za oknem. Tej nocy była pełnia, więc doskonale widziała szkolne błonia, jezioro, fragment Zakazanego Lasu, a nawet chatkę Hagrida, w oknach której świeciło się słabe światło. Powoli dopijała herbatę i już miała wracać do pisania wypracowania, kiedy nagle ujrzała sylwetki czterech osób biegnących po trawie – trzy wysokie i szczupłe i jedną trochę mniejszą i bardziej zaokrągloną, które kierowały się w stronę Bijącej Wierzby. Niemal od razu domyśliła się, kto to był. Zastanawiało ją jedynie, jak udało im się przejść przez Pokój Wspólny, skoro ona cały czas w nim siedziała. Niewiele myśląc upewniła się, że jej różdżka znajduje się w kieszeni szaty, opuściła Pokój Wspólny i biegiem ruszyła w stronę wyjścia na błonia. Jako Prefekt Naczelny mogła swobodnie biegać nocą po szkole, bez obawy, że dostanie szlaban, ale mimo to starała się zachować w miarę cicho, bo nie chciała spotkać na swojej drodze Filcha, ani jego upiornej kotki.
Kiedy już była na zewnątrz, zatrzymała się na chwilę i rozejrzała dookoła. Nigdzie nie widziała Huncwotów. Pewnym krokiem zaczęła iść w stronę wierzby pewna, że ukrywają się gdzieś za nią. Zastanawiało ją, co tym razem chłopcy wymyślili i cieszyła się, że uda jej się nakryć ich na gorącym uczynku. Tyle razy nadużywali jej cierpliwości, a teraz miała okazję się na nich odegrać. Jeżeli szykują coś dużego, to może dostaną szlaban na wszystkie popołudnia i weekendy, a jej łatwiej będzie unikać Pottera…
Nagle Lily usłyszała za sobą szybkie kroki. Obróciła się, ale nic nie zobaczyła, więc postanowiła kontynuować swoją wędrówkę w stronę wierzby. Chwilę później znowu usłyszała kroki, tym razem gdzieś po swojej prawej stronie, ale kiedy odwróciła głowę, ponownie nic nie ujrzała. Serce dziewczyny zaczęło bić szybciej, a ona sama poczuła ogarniający ją strach. A co jeżeli to nie byli Huncwoci, tylko Śmierciożercy? Lily kurczowo złapała za znajdującą się w jej kieszeni różdżkę. Doskonale wiedziała, że było ich sporo wśród Ślizgonów z siódmego roku, a ona, jako mugolaczka, była przez nich wyjątkowo znienawidzoną osobą. Jeżeli by ich teraz spotkała, to z pewnością nie skończyło by się to dla niej zbyt dobrze. Nawet przyłapanie Huncwotów na gorącym uczynku nie było tego warte. Jeszcze raz uważnie rozejrzała się dookoła, po czym zawróciła i szybkim krokiem zaczęła się kierować w stronę wejścia do zamku. Wydawało jej się, że usłyszała coś, jakby szczekanie psa, ale postanowiła nie zwracać na to uwagi. Chciała jedynie znaleźć się już w bezpiecznym wnętrzu szkoły. Nie wiedziała co ją podkusiło do nocnych spacerów. Nagle usłyszała za sobą głośne sapanie. Z sercem walącym niczym młot zerknęła przez swoje ramię i stanęła jak wryta. Przed nią stał ogromny, wściekły, zapluty wilkołak.
Całe życie przeleciało jej przed oczami. Była pewna, że zaraz umrze. Jej nogi odmawiały posłuszeństwa, ręka z różdżką nie chciała się podnieść, a usta nie były w stanie wydać z siebie jakiegokolwiek dźwięku. To był jej koniec.
Wtem, niewiadomo skąd, zjawił się ogromny, czarny pies i rzucił się na wilkołaka sprawiając, że ten zachwiał się i cofnął o kilka kroków. Chwilę później na jego głowę wdrapał się wyjątkowo duży szczur, którego wilkołak usilnie starał się z niej zrzucić. Lily wciąż była w takim szoku, że nie była w stanie się ruszyć. Nagle poczuła ukłucie w plecy i kątem oka ujrzała przy swoich żebrach poroże jelenia. Zwierzę zaczęło ją popychać w stronę wejścia do szkoły, a ona posłusznie się temu poddawała. Była już tuż przy drzwiach, zaraz będzie bezpieczna… Choć wydawało jej się to trochę głupie, to przed wejściem szybko odwróciła się, żeby w jakiś sposób okazać jeleniowi swoją wdzięczność. Wtem doznała kolejnego szoku i prawie zemdlała, kiedy na jej oczach zwierzę przemieniło się w Jamesa Pottera.
- Cholera jasna, Evans, co ty tu robisz?! – wykrzyczał wściekły.
Lily po raz pierwszy widziała go w takim stanie. Z jego oczu wręcz strzelały pioruny. Był cały brudny, a z kilku miejsc na jego twarzy sączyła się krew. Wciąż nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa. James otworzył drzwi i wepchnął dziewczynę do zamku, sam wchodząc za nią i pospiesznie zatrzaskując drzwi. Wyjął z kieszeni jakąś mapę, stuknął w nią różdżką mamrocząc coś pod nosem, po czym złapał wciąż osłupiałą dziewczynę za rękę i zaczął ciągnąć ją przez korytarz. Chwilę później byli już w Pokoju Wspólnym.
- Co ci odbiło, żeby chodzić samotnie nocą po błoniach?! – wysyczał James upewniając się, że w pokoju nie ma nikogo więcej.
- Mogłabym spytać ciebie o to samo – Lily w końcu udało się zapanować nad głosem.
- Pomagam przyjacielowi w ciężkich dla niego chwilach – odparł James nieco spokojniej. Lily po raz kolejny tej nocy osłupiała.
- To Remus, prawda? On jest… wilkołakiem? – wykrztusiła po dłuższej chwili. Nagle w jej głowie wszystko zaczęło się układać w logiczną całość. Jego comiesięczne choroby, pobyty w Skrzydle Szpitalnym, wymęczenie… Severus już dawno to podejrzewał, ale ona mu nie wierzyła. Jak widać niesłusznie…
- Tak. Został pogryziony w dzieciństwie. Opanowanie animagii zajęło nam sporo czasu, ale było warto. Wcześniej musiał się sam ze wszystkim zmagać, a teraz my możemy być przy nim, wpierać go. I przy okazji ratować takie lekkomyślne osoby jak ty, czy Smarkerus.
No tak, Lily wiedziała, że Severus ma wobec Jamesa ogromny dług wdzięczności. Jemu też musiał uratować kiedyś życie… Okazuje się, że nawet wtedy nie był aż takim dupkiem, za jakiego go uważała. Nagle dziewczyna rzuciła się zaskoczonemu Potterowi na szyję.
- Dziękuję – wyszeptała ze łzami w oczach. – I tak.
- Co tak? – zaciekawił się James, kiedy już go puściła.
- Odpowiem tak, na twoje następne pytanie.
Twarz chłopaka zmieniła się nie do poznania, kiedy pojawił się na niej ogromny od ucha do ucha uśmiech, a w oczach zapłonęły iskierki.
- Umówisz się ze mną Evans? – zapytał wpatrując się w nią jak w obrazek.
- Tak – odpowiedziała cicho dziewczyna odwracając wzrok, a jej policzki oblał szkarłatny rumieniec.
____________________________________________
Zgodnie z obietnicą po 3 tygodniach publikuję kolejny rozdział :)
Szczerze, to nie jestem z niego zbyt zadowolona... Mam nadzieję, że chociaż Wam się spodoba :)
Ja sama już nie mogę się doczekać pisania kolejnego rozdziału ^^ 

wtorek, 23 kwietnia 2013

7. Ślub Petunii


W domu państwa Evans panowało niesamowite zamieszanie. Był to dzień ślubu Petunii i wszystko musiało przebiegać idealnie, wedle wizji panny młodej. Wesele miało odbyć się w ogrodzie, w specjalnie rozstawionym na tę okazję, białym namiocie. Jego wnętrze było już pięknie udekorowane kwiatami, stoły nakryte, a firma cateringowa i zespół czekały w pełnej gotowości na przybycie gości. Lily przypadło w przygotowaniach wyjątkowo niewdzięczne zadanie. Musiała ręcznie wyczyścić i wypolerować stare, srebrne sztućce, od dawna przekazywane w ich rodzinie z pokolenia na pokolenie. Dziewczyna miała wrażenie, że poza zwykłym zmywaniem, jeszcze nikt nigdy ich porządnie nie czyścił. Wszystko było matowe, poczerniałe i dopiero po dużym wkładzie pracy odzyskiwało swój dawny urok. Najtrudniej było jej doczyścić widelce – musiała dokładnie i precyzyjnie zająć się każdym ząbkiem, żeby końcowy efekt zadawalał Petunię. Spędziła nad tymi sztućcami ładnych kilka dni. Żałowała, że nie mogła po prostu użyć magii, ale zdawała sobie sprawę z tego, że siostra rozszarpałaby ją na strzępy, gdyby tylko wyjęła różdżkę. Denerwowało ją, że mimo pełnoletniości nie mogła swobodnie posługiwać się magią poza szkołą. Mogła to robić jedynie w swoim pokoju, za zamkniętymi drzwiami, bo inaczej Petunia wpadała w szał. Rodzice dziewczyn mieli dość dramatów związanych ze ślubem starszej z sióstr i nie chcieli więcej kłótni w domu, więc również trzymali stronę Petunii. Dla Lily była to wyjątkowo okropna sytuacja i musiała się bardzo pilnować, żeby w końcu nie wybuchnąć. Wiedziała, że w głębi duszy siostra najzwyczajniej zazdrościła jej magicznych umiejętności, ale wieczne obrażanie jej osoby i wyzywanie od „dziwaków” były bardzo krzywdzące.
- Lily jesteś już gotowa? Zaraz przyjdą pierwsi goście! – zawołała z dołu mama dziewczyny.
- Już schodzę! – odkrzyknęła.
Założyła na stopy szpilki i przejrzała się w lustrze. Ubrana była w uroczą sukienkę do kolan, w kolorze pudrowego różu , taką samą, jakie miały inne druhny. Dotknęła swojego idealnego koka, upewniając się, że się nie rozleci. Szybko nałożyła na usta pomadkę i zeszła na dół. Już ze schodów słyszała dochodzące z salonu krzyki, więc tylko westchnęła i cicho wślizgnęła się do pokoju.
- Mówiłam wyraźnie, że serwetki mają być ułożone w kształt ŁABĘDZI, a nie jakichś wachlarzy! To przecież KATASTROFA! – wydzierała się Petunia. Ubrana była w wielką, rozłożystą suknię ślubną, z dużą ilością falban. Lily przemknęło przez myśl, że przez swoją długą szyję, jej siostra sama wyglądała trochę jak łabędź.
- Nie można powierzyć tym partaczom najprostszej roboty! – wspierał ją jej przyszły mąż, Vernon Dursley, stojący obok w swoim przyciasnym fraku.
- Kochanie, spokojnie, przecież świat się od tego nie zawali… - próbował uspokoić Petunię ojciec.
- Twój może nie, ale mój tak! To MÓJ dzień ślubu, wszystko powinno być tak jak JA sobie to wymarzyłam, a marzyłam o serwetkach w kształcie pięknych łabędzi, a nie beznadziejnych wachlarzy!
- Wiesz Petuniu, jeżeli tak bardzo ci na tym zależy, to Lily mogłaby… - zaczęła mówić spokojnym głosem jej mama.
- O nie! ONA niech się trzyma od wszystkiego z daleka z tymi swoimi dziwactwami! I tak zmusiliście mnie, żeby została moją druhną, jak coś zepsuje, to będzie wasza wina! – krzyczała coraz bardziej czerwona Petunia.
Lily zacisnęła pięści i przygryzła wargę, żeby nie powiedzieć czegoś, czego mogłaby później żałować. Jedynie chrząknęła głośno, dając znać, że jest obecna w pokoju.
- Och, jesteś już – powiedziała wyraźnie zmieszana pani Evans. – Chodź, pomożesz mi witać gości i kierować ich do namiotu, lada chwila powinni się zacząć schodzić.
Lily bez słowa protestu ruszyła za matką. Przez następne pół godziny stała przy furtce, ze sztucznym uśmiechem przyklejonym do twarzy i witała weselnych gości.

Sama ceremonia zaślubin przebiegła szybko i sprawnie. Nie obeszło się oczywiście bez łez Petunii, która ze wzruszenia ledwo wyłkała swoje „tak”. Następnie wszyscy goście zjedli uroczystą kolację i zaczęły się tańce. Lily kazano tańczyć z różnymi wujkami i kuzynami, ale po pierwszych kilku piosenkach udało jej się od tego wymigać mówiąc, że bolą ją nogi i musi trochę odpocząć. Usiadła przy stole i dyskretnie spojrzała na zegarek. Niestety, ta noc zapowiadała się na wyjątkowo długą. Upiła łyk szampana z nadzieją, że alkohol poprawi jej trochę humor.
- Widzisz tego przystojniaka w okularach? Ciekawe kto to… - usłyszała rozmowę dwóch pozostałych druhen, siedzących razem z nią przy stoliku.
- Nie mam pojęcia, ale z miłą chęcią bym się za niego zabrała, jest boski!
Lily z grymasem wykrzywiła twarz  i dolała sobie więcej szampana. Słuchanie o przystojniakach w okularach od razu przypomniało jej o Jamesie Potterze, a przecież przez prawie całe wakacje udawało jej się o nim nie myśleć. Zwłaszcza o tym, jak zobaczyła go obok siebie w zwierciadle Ain Eingarp… Na myśl o tym dziewczyna szybko potrząsnęła głową i opróżniła kolejny kieliszek szampana.
- O mój Boże, on tu idzie! Widzisz ten jego cudowny uśmiech? Zaraz się rozpłynę… Czy moje włosy dobrze wyglądają? – zaczęła się ekscytować jedna z druhen. Lily tylko wywróciła oczami i po raz kolejny sięgnęła po butelkę z szampanem.
- Widzę, że lubisz popić Evans, od tej strony cię nie znałem – usłyszała głęboki, męski głos za swoimi plecami.
Nagle jej serce zaczęło bić jak szalone. Powoli się odwróciła i ujrzała Jamesa Pottera, w całej swej okazałości. Druhny miały rację, wyglądał niesamowicie przystojnie. Stał tuż obok niej w czarnych jeansach, białej koszuli i…
- Czy tyy masz sssnicze na krawacie, Potterrr? – zapytała Lily. Czuła, że język jej się lekko plącze. James zaśmiał się głośno.
- Przyszedłem niezaproszony na ślub twojej siostry, a ty tylko pytasz się o mój krawat? Serio, nie poznaję cię Evans!
- Na brodę Merlina, masz rację! Co ty tu do cholery robisz? – opamiętała się i jakby lekko otrzeźwiała Lily.
- Tańczę z tobą – odpowiedział chłopak wyciągając rękę w jej stronę. Nie wiadomo czy to z nudy, czy z nadmiaru alkoholu, ale Lily bez sprzeciwów podała mu rękę, ignorując motyle w brzuchu, kiedy poczuła jego dotyk na swojej skórze, a chwilę później wirowali już razem na parkiecie.
- Nie powinno cię tu być – wymamrotała po dłuższej chwili.
- Nie wyglądasz, jakby ci to przeszkadzało. Poza tym przyznaj, że do tej pory wcale nie bawiłaś się za dobrze. Obserwowałem cię przez chwilę i mam wrażenie, że gdyby nie ja, wlałabyś w siebie zawartość wszystkich butelek z szampanem i zasnęła gdzieś pod stołem – powiedział James, po czym zakręcił nią i pewnie złapał w talii, powstrzymując ją tym samym od upadku. Musiała przyznać, że był świetnym tancerzem (czy było coś, w czym byłby kiepski?).
Lily oblała się rumieńcem. Chciała coś odpyskować, ale nie potrafiła, bo wiedziała, że chłopak ma rację. Przetańczyli jeszcze kilka piosenek. Lily raz po raz zerkała na krawat swojego partnera i szeroko się uśmiechała. Przypominał jej on o tym, że świat magii wciąż istnieje, a ona już niedługo do niego powróci. Nagle poczuła pilną potrzebę podzielenia się pewną wiadomością, którą przez całe wakacje zmuszona była utrzymywać w tajemnicy.
- Zostałam Prefektem Naczelnym! – wyrzuciła z siebie rozentuzjazmowana.
- Moje gratulacje! – odpowiedział chłopak unosząc ją lekko i robiąc obrót. – Czy to znaczy, że będziesz przymykać oczy na nasze żarty?
- Wręcz przeciwnie Potter! – zaśmiała się dziewczyna, po czym w dziecinny sposób wystawiła język.
Nagle Lily poczuła silne szarpnięcie za ramię, które oderwało ją od Jamesa i spowodowało, że prawie się wywróciła.
- Kto to jest?! Na pewno nie ma go na mojej liście gości! – wysyczała czerwona jak burak Petunia.
- Spokojnie Tuniu, to mój kolega ze szkoły, Po… ee… James – odpowiedziała Lily rozcierając bolące ramię.
- Z TEJ szkoły? Ma stąd zaraz zniknąć! Nie chcę więcej dziwadeł na moim weselu, wystarczysz mi ty!
- Kogo nazywasz dziwadłem, tego wielkiego pingwina z nadwagą? Faktycznie, normalni ludzie tak nie wyglądają – powiedział James, wskazując brodą na Vernona. Lily głośno wciągnęła powietrze.
- Jak śmiesz tak mówić o moim mężu! Wynoś się stąd, NATYCHMIAST! – wykrzyczała Petunia. Oczy wszystkich gości skierowane były na nią.
James już otwierał usta, żeby jej coś odpowiedzieć, ale Lily kopnęła go mocno w kostkę i bezgłośnie powiedziała: „zamknij się”.  Chłopak odwrócił się na pięcie i szybkim krokiem zszedł z parkietu, kierując się w stronę wyjścia. Po chwili Lily pobiegła za nim.
- Co to miało znaczyć?! Wiesz, jakie będę mieć przez ciebie problemy?! – zaczęła krzyczeć, jak tylko wyszli z namiotu.
- Nie pozwolę nikomu ciebie obrażać! Nikomu, rozumiesz?! – opowiedział James zatrzymując się i odwracając w jej stronę. W jego oczach widać było złość.
- Ale to moja siostra! Czasem bywa denerwujące, ale to jej dzień ślubu! Mimo wszystko ją kocham i nie chcę psuć jej tego wyjątkowego czasu! Całe wakacje powstrzymywałam się od jakichkolwiek komentarzy, ale nagle zjawiłeś się ty i jak zwykle wszystko zepsułeś!
- Przepraszam, ale po prostu nie mogłem znieść tego, że nazywa cię dziwadłem. Niech sobie obraża mnie do woli, ale nikt nie ma prawa mówić źle o tobie, a już zwłaszcza twoja własna siostra.
- Ale rodzinie się wiele wybacza! Przecież wiem, że ona też mnie kocha, tylko ma do mnie wielki żal, więc nie chce się do tego przyznać! Ale ty tego nie zrozumiesz, w końcu jesteś rozpieszczonym jedynakiem…
- Mam Syriusza, mieszka ze mną i jest dla mnie jak brat. Ale przysięgam, że jakby tylko powiedział o tobie coś złego, to…
- Potter, przestań – przerwała mu Lily. – Myślę, że powinieneś już iść.
Chłopak przyglądał jej się chwilę. Dziewczyna była na niego bardzo zdenerwowana. Spuścił wzrok i ruszył w stronę ulicy. Chciał dobrze, a wyszło jak zwykle. Zrezygnowany wyciągnął przed siebie różdżkę. Po chwili przyjechał Błękitny Rycerz. James jeszcze raz spojrzał na stojącą z założonymi rękami Lily, wyglądającą wyjątkowo pięknie w sukience druhny, po czym wsiadł do pojazdu.

______________________________________________
Na początku chciałam bardzo, bardzo, BARDZO PRZEPROSIĆ za moją długą nieobecność. Nie będę się z niej tłumaczyć, bo to chyba nie ma sensu. Powróciłam z nowym rozdziałem i od teraz będę się starała pisać bardziej regularnie :) Mam nadzieję, że mój blog będzie miał jeszcze jakichś czytelników... :)

środa, 6 lutego 2013

6. Szósty rok

Lily szczelnie opatuliła się szatą, przeszła kilka kroków, po czym usiadła na śniegu. Nie mogła znieść radosnego nastroju towarzyszącego uczcie bożonarodzeniowej, więc wyszła na zewnątrz pobyć trochę sama. Nie przeszkadzał jej mróz, nie czuła przenikliwego wiatru, ani zimnego, mokrego śniegu przesiąkającego przez jej szaty. Nie czuła zupełnie nic.
Były to pierwsze święta Bożego Narodzenia, które spędzała z dala od swojej rodziny. W głębi duszy wiedziała, że to najlepsze rozwiązanie, jednak i tak nie potrafiła się cieszyć świętami. Za bardzo bała się o swoich bliskich.  Choć  rzadko mówiło się o tym otwarcie, to wszyscy wiedzieli, że Voldemort rośnie w siłę i zyskuje coraz więcej zwolenników. W Proroku Codziennym regularnie pojawiały się artykuły o atakach na bezbronnych Mugoli, niepokojące było też to, że ofiarami coraz częściej stawali się czarodzieje i czarownice, zwłaszcza urodzeni w mugolskich rodzinach.
Lily bardzo chciała ostrzec swoją rodzinę przed niebezpieczeństwem, pojechać do nich i starać się ich chronić, ale Dumbledore odwiódł ją od tego pomysłu. Kilka dni przed przerwą świąteczną wezwał ją do swojego gabinetu na rozmowę i wyjaśnił, że najbezpieczniej dla wszystkich będzie, jeżeli zostanie w Hogwarcie. W domu i tak nie byłaby w stanie zbyt wiele zrobić. Voldemort był bezwzględny i bez zawahania zabijał wszystkich, którzy stawali na jego drodze. Wracając postąpiła by bardzo samolubnie, narażając nie tylko siebie, ale też całą swoją rodzinę na niebezpieczeństwo.
Dziewczyna podciągnęła kolana pod brodę i oparła się plecami o drzewo. Wzięła głęboki wdech, po czym zaczęła szybko mrugać, żeby powstrzymać cisnące się do jej oczu łzy. Nie ma się co martwić na zapas, trzeba myśleć pozytywnie – tłumaczyła sobie. W końcu nic złego się jeszcze nie stało. Jeszcze.
- Wesołych Świąt Evans! – usłyszała nagle, już po raz ósmy tego dnia. Nie musiała się odwracać, żeby wiedzieć kto wypowiedział te słowa.
Niestety, Dumbledore poprosił o zostanie na święta w Hogwarcie również Jamesa Pottera. Takie już miała szczęście. W domu może i musiałaby się ukrywać przed psychopatycznym mordercą bez serca, ale przynajmniej byłaby z dala od Pottera.
- Wesołych Potter, po raz kolejny – odmruknęła.
Chłopak przeszedł kilka kroków, po czym usiadł obok niej.
- Szukałem cię – powiedział.
- Po co?
- Widziałem, w jakim humorze byłaś podczas uczty i pomyślałem, że może chciałabyś z kimś porozmawiać.
- Dziękuję za troskę, ale wszystko jest w porządku – skłamała Lily opuszczając głowę, żeby chłopak nie widział jej zaszklonych oczu.
- Przecież widzę, że nie jest. Proszę, porozmawiaj ze mną – powiedział James chwytając ją delikatnie za podbródek i odwracając jej twarz z swoją stronę.
Jak na złość, akurat wtedy samotna łza spłynęła po jej policzku. Ku zaskoczeniu Lily, chłopak tylko delikatnie otarł ją kciukiem. Nie spodziewała się po nim tak miłego i czułego gestu. Zanim się obejrzała, znajdowała się w jego silnych ramionach i głośno szlochała, a on łagodnie gładził ją po włosach i plecach. Tak długo powstrzymywała się od płaczu, a musiała się rozkleić akurat teraz i akurat przy nim. James może i zachowywał się przy niej dojrzalej niż przy innych, ale to nie zmieniało faktu, że wciąż był tym samym chłopakiem, który wiecznie wykręca głupie żarty, na każdym kroku uprzykrza życie Ślizgonom i kilka razy dziennie próbuje się z nią umówić. Teraz jednak nie robił żadnej z tych rzeczy. Teraz po prostu był przy niej i zdawał się faktycznie przejmować tym, co czuje.
Po długiej chwili Lily w końcu się od niego oderwała i przestała płakać.
- Dzięki – powiedziała przecierając oczy końcówką rękawa. – Ale i tak się z tobą nie umówię – dodała.
- Wierz mi, że nawet nie przeszło mi przez myśl cię teraz o to pytać – powiedział lekko oburzony James. – A teraz, powiesz mi co się stało, czy mam się zakraść do gabinetu Slughorna i wykraść trochę eliksiru prawdy?
Lily spojrzała na chłopaka. Miał zupełnie poważną minę, poza tym wiedziała, że nie już nie raz wykradł coś z gabinetu profesora, więc wolała nie ryzykować. Sięgnęła do kieszeni, wyjęła z niej kilka wycinków z Proroka Codziennego i bez słowa wręczyła je chłopakowi. Wszystkie dotyczyły ataków na Mugoli.
- Martwisz się o swoją rodzinę – stwierdził przeglądając wycinki. – Coś im się stało?
- Nie, ale przecież w każdej chwili może się to zmienić...
- To nie martw się na zapas, bo to nic nie da. Teraz jesteś w Hogwarcie, najbezpieczniejszym miejscu na świecie, a twoja rodzina też nie jest jakoś szczególnie narażona na atak. Wszystko będzie dobrze, zobaczysz.
- A co jeżeli wcale nie będzie dobrze? Życie nie zawsze układa się idealnie! Ale ty nic nie wiesz o prawdziwych problemach! Prowadzisz sobie beztroskie życie i nie przejmujesz się niczym poza wynikiem meczu qudditcha i tym, jaki żart wykręcić Ślizgonom!
- Ty chyba sama nie wiesz co mówisz, Evans! Myślisz, że Voldemort chce dopaść tylko ciebie i twoją rodzinę? Że wszyscy inni są bezpieczni i o nic się nie muszą martwić? Mylisz się – powiedział James dobitnie. Lily była zaskoczona jego ostrym tonem. – Nawet nie wiesz, ilu członków rodziny już straciłem, bo woleli zginąć, niż dołączyć do Śmierciożerców. A to dopiero początek, bo prawdziwa wojna się nawet jeszcze nie zaczęła. Czarodzieje zaczynają się zwracać przeciwko sobie, praktycznie nikomu nie można ufać. Jak myślisz, czemu Syriusz mieszka u mnie? Bo gdyby wrócił do siebie, jego rodzina byłaby pierwsza, żeby go wydać Voldemortowi. Wszyscy mamy problemy…
Lily zrobiło się bardzo głupio. Wiedziała, że James ma rację.
- Przepraszam – wymamrotała w końcu. – Trochę mnie poniosło.
- Nie szkodzi, każdy ma prawo się denerwować. Poza tym chyba wiem, jak trochę poprawić ci humor – powiedział wstając i wyciągając rękę w jej stronę. – Chodź.
- A tym razem nie wrobisz mnie w obrzucenie korytarza łajnobombami? – zapytała niepewnie chwytając jego dłoń.
- Chyba nigdy mi tego nie zapomnisz – powiedział szczerząc się pod nosem i pomagając jej wstać.
W milczeniu weszli do zamku i zaczęli kierować się w stronę ruchomych schodów. Lily próbowała się dowiedzieć dokąd chłopak ją prowadzi, ale on utrzymywał, że to niespodzianka. W końcu zatrzymali się pod jedną z sal na trzecim piętrze. James za pomocą zaklęcia otworzył drzwi i gestem zachęcił  Lily, żeby weszła do środka. Sala byłaby zupełnie pusta, gdyby nie jeden przedmiot stojący na środku.
- Lustro? – zapytała zdziwiona Lily. – Chyba nie powiesz, że jestem tak piękna, że zobaczenie swojego odbicia poprawi mi humor.
- Pochlebiasz sobie Evans, choć nie powiem, jest w tym trochę prawdy – powiedział rozbawiony chłopak. – Ale to nie jest takie zwykłe lustro. To zwierciadło Ain Eingarp. Pokazuje nam nasze najskrytsze pragnienia. Jeżeli uważnie się przyjrzysz, to powinnaś zobaczyć swoją rodzinę, całą i zdrową.
Lily przeszła kilka kroków i stanęła przed lustrem. Na początku zobaczyła tylko swoje odbicie i już chciała nakrzyczeć na Pottera, że znowu robi sobie z niej żarty, kiedy obok niej zaczęły się pojawiać jakieś kształty. Chwilę później wyraźnie widziała uśmiechniętych rodziców i Petunię stojących u jej boku. Dziewczyna szeroko się uśmiechnęła na ten widok. Przez chwilę stała i w ciszy wpatrywała się w zwierciadło.
- Co prawda to tylko złudzenie, ale póki wiesz, że twojej rodzinie nic nie grozi, możesz tu przychodzić wiedząc, że właśnie taki widok zastaniesz w domu – usłyszała głos stojącego po jej prawej stronie Jamesa.
- Dziękuję, to faktycznie poprawiło mi humor – powiedziała dziewczyna uśmiechając się delikatnie. -  A ty co widzisz, kiedy patrzysz w zwierciadło?
- To samo, co zobaczyłbym w zwykłym lustrze. Ciebie i mnie stojących obok siebie – odpowiedział lekko wzruszając ramionami. – Z tym szczegółem, że obydwoje mamy na palcach obrączki.
Lily zaczerwieniła się lekko.
- Myślę, że możemy wracać na ucztę, co prawda przegapiliśmy połowę, ale może jeszcze załapiemy się na świąteczny pudding – powiedziała po chwili odrywając oczy od zwierciadła.
James tylko skinął głową. Razem wyszli z pomieszczenia i zaczęli kierować się w stronę Wielkiej Sali. W pewnym momencie chłopak zatrzymał się i złapał Lily za rękę.
- O co chodzi? – zapytała zdziwiona dziewczyna.
James nic nie odpowiedział, tylko szczerząc swoje równiutkie, białe zęby wskazał coś nad jej głową. Lily podążyła wzrokiem za jego palcem i głośno westchnęła, kiedy zobaczyła jemiołę.
- No dalej Evans, chyba nie będziesz łamać tradycji – powiedział chłopak nastawiając policzek w jej stronę. W pierwszej chwili dziewczyna chciała na niego nakrzyczeć albo po prostu odejść bez słowa, ale po krótkiej chwili namysłu doszła do wniosku, że fakt, że sama ma zrujnowane święta nie znaczy, że powinna psuć je też innym. Poza tym cały wieczór był dla niej miły, no i pokazał jej to zwierciadło… Od niechcenia cmoknęła chłopaka w policzek. Ku jej zadziwieniu, zamiast obrzydzenia, poczuła dziwne ciepło rozchodzące się po jej całym ciele, jednak postanowiła zignorować to uczucie.
Za to James jeszcze bardziej wyszczerzył żeby i w podskokach przebył resztę drogi do Wielkiej Sali.

W końcu nadszedł ostatni dzień szkoły i nazajutrz wszyscy uczniowie mieli wrócić na wakacje do swoich domów. Lily bardzo cieszyła się z tego powodu, tym bardziej, że jako siedemnastolatka mogła w końcu używać magii poza szkołą. Miała wrażenie, że dzięki temu jej rodzina będzie bezpieczniejsza. Była już spakowana, więc postanowiła po raz ostatni w tym roku spojrzeć w zwierciadło Ain Eingarp i ujrzeć swoją rodzinę całą i zdrową. Od świąt stało się to dla niej w pewnym sensie uzależnieniem.
Dziewczyna zeszła po schodach prowadzących do dormitorium i zaczęła kierować się w stronę wyjścia, ale w Pokoju Wspólnym zastała widok na tyle dziwny, że musiała się zatrzymać. Tuż pod sufitem wisiały ubrania Jamesa Pottera, a on sam biegał w samych bokserkach i próbował złapać Syriusza. Wszystkiemu przyglądała się spora grupka rozchichotanych dziewczyn.
- Nie ma mowy, nie oddam ci mojego łóżka! – krzyczał – A teraz zdejmij moje rzeczy z sufitu!
- Ale to w pokoju gościnnym jest niewygodne! Chcesz żebym znowu budził się przez całe wakacje z bólem pleców? Co z ciebie za gospodarz! Zdejmę twoje rzeczy jak obiecasz się zamienić na łóżka!
- Zapomnij Łapciu. Prawdziwy ból poczujesz dopiero jak cię dorwę i to nie tylko w plechach! Oo, cześć Evans – dodał zauważając Lily i zatrzymując się tuż przy niej. – Będziesz tak dobra i zdejmiesz moje rzeczy z sufitu? Na pewno znasz przeciwzaklęcie – powiedział opierając się ręką o ścianę i puszczając do niej oczko.
Do Lily ledwo dotarły wypowiedziane przez niego słowa. Była zbyt wpatrzona w jego umięśnione ciało. Nawet ona musiała przyznać, że bez koszulki wyglądał jak grecki bóg. Co prawda nie za często miała okazję oglądać półnagich mężczyzn, ale była pewna, że nie każdy wyglądał aż tak dobrze, jak ten stojący tuż przed nią. Widać częste treningi qudditcha się opłaciły. Chłopak miał szerokie, silne ramiona, płaski brzuch z idealnie zarysowanymi mięśniami i dość wąskie biodra, przez co jego ciało przypominało kształtem trójkąt. Dopiero po krótkiej chwili dziewczyna się opamiętała i machnęła niedbale różdżką, a wszystkie rzeczy Pottera poleciały w stronę jego dormitorium.
- Świetnie Lily, zniszczyłaś moją szansę na wygodne wysypianie się podczas wakacji – nadąsał się Syriusz.
- Dzięki – mruknął jej do ucha James i posłał w jej stronę całusa. Zrobiło jej się dziwnie gorąco, więc tylko ostentacyjnie przewróciła oczami i szybkim krokiem ruszyła w stronę wyjścia, żeby nikt nie zauważył, jak się czerwieni.
Drogę do sali ze zwierciadłem znała na pamięć, więc trafiłaby tam nawet z zawiązanymi oczami, bądź też z widokiem ciała Pottera w głowie.  Lily starała skupić na tym, jakimi niedojrzałymi dzieciakami są on i Syriusz. Obaj zachowywali się tak, jakby wygodne łóżko było największym problemem, jaki zastaną w domu!
W końcu dotarła do celu swojej podróży i stanęła przed zwierciadłem Ain Eingarp. Wzięła głęboki wdech i szeroko uśmiechnęła na widok machających do niej rodziców i siostry. Jak zwykle pozwoliło jej się to trochę odprężyć. Cieszyła się, że już jutro na żywo zastanie taki widok.
Już chciała odejść, kiedy nagle w lustrze pojawiła się jeszcze jedna postać. Lily odwróciła się za siebie, ale tak jak się spodziewała, była w sali zupełnie sama.
„Nie, proszę, tylko nie on!” – błagała w myślach Lily. Jednak postać zaczęła przybierać coraz wyraźniejsze kształty i już po chwili dziewczyna wyraźnie widziała stojącego przy niej i obejmującego ją w pasie Jamesa Pottera. Bez koszulki.
__________________________________
Jest i szósty rok:)
Przepraszam, że notka pojawia się po tak długim czasie, ale przez wyjazd za granicę i nadmiar nauki trochę zaniedbałam moje blogi:( Mam też zaległości w czytaniu Waszych opowiadań, które postaram się szybko nadrobić:)

czwartek, 10 stycznia 2013

5. Piąty rok


wrzesień

James Potter postanowił skorzystać z pięknej, jesiennej pogody i udać się na przechadzkę po błoniach. Jego najlepszy przyjaciel, Syriusz, umówił się z jakąś dziewczyną, a Remus pomagał Peterowi w nauce, więc miał chwilę tylko dla siebie. Czuł, że ten rok będzie wyjątkowo udany. Po pierwsze, Lupin został prefektem, co na pewno ułatwi im psoty. Po drugie, on sam wybrany został na kapitana gryfońskiej drużyny Quidditcha, co było jednocześnie wielkim zaszczytem, jak i wyzwaniem, któremu miał zamiar sprostać. No a po trzecie, całej trójce, nawet Peterowi, udało się w końcu opanować sztukę animagii, dzięki czemu będą mogli towarzyszyć Remusowi podczas pełni i wpierać go w tych trudnych chwilach.
W pewnym momencie chłopak zauważył siedzącą nieopodal grupkę dziewczyn. Uśmiechnął się pod nosem, wyjął z kieszeni jabłko, podrzucił je wysoko, a następnie w popisowy sposób złapał i ugryzł. Kątem oka sprawdził, czy dziewczyny to widziały. Większość z nich patrzyła w jego stronę z zachwytem, co go ucieszyło, bo lubił być w centrum uwagi. Tylko jedna osoba pozostawała niewzruszona. Był to nikt inny, jak tylko perfekcyjna Lily Evans. Ona jedna była skutecznie odporna na jego urok, a wręcz wydawała się go nie lubić. Doskonale pamiętał, jak w zeszłym roku dla żartu zaproponował, żeby się z nim umówiła. Jej mina była po prostu bezcenna. James nigdy nie rozumiał tej dziewczyny, wolącej towarzystwo tego okropnego Ślizgona, od niego samego. Kiedyś mu to zupełnie nie przeszkadzało, ale teraz…
Chłopak przyglądał się Lily jeszcze przez chwilę. Jej kasztanowe włosy pięknie lśniły w łagodnym blasku słońca, ogrzewającego jednocześnie jej smukłe, zgrabne ciało. Drobne, delikatne dłonie trzymały książkę, w którą wpatrywała się tymi swoimi cudownie zielonymi oczami…
 „Nie, ona musi się ze mną umówić” – postanowił w myślach. Dokończył jeść jabłko, wziął głęboki wdech, zmierzwił włosy, po czym podszedł pewnym krokiem do grupki rozchichotanych dziewczyn i powiedział:
- Evans, umów się ze mną .
- Spadaj Potter – odpowiedziała dziewczyna nawet nie odrywając oczu od książki.
„Ona jeszcze zostanie moją żoną” – pomyślał, po czym odwrócił się na pięcie i sprężystym krokiem pomaszerował w stronę zamku.

*
czerwiec

Lily biegła przed siebie, ledwo widząc drogę przez napływające do jej oczu łzy. W końcu udało jej się dobiec do swojego dormitorium, gdzie od razu rzuciła się na łóżko i zaniosła głośnym szlochem.  W jej uszach cały czas brzmiały okrutne słowa, wypowiedziane chwilę wcześniej przez jej niegdyś najlepszego przyjaciela.
„Nie potrzebuję pomocy tej małej, brudnej szlamy!” – to zdanie wciąż powracało do niej echem, zadając ostry ból.
To, co się przed chwilą stało, było istnym koszmarem. I pomyśleć, że jeszcze godzinę temu była w takim świetnym humorze. Napisała ostatniego SUMa, co oznaczało chwilowy koniec nauki i powrót do domu na wakacje, spotkanie z rodziną…
Jednak oni musieli to zrobić. Musieli z nudów zacząć dręczyć Severusa. Przed oczami znów zobaczyła wiszącego w powietrzu do góry nogami chłopaka. A ona… Ona chciała mu po prostu pomóc. Nigdy, nawet w najśmielszych myślach nie oczekiwała takiego obrotu sprawy. Jak on mógł ją tak nazwać? Przecież tyle razy zapewniał ją, że nie ma nic złego w jej pochodzeniu…
Ale ona powinna się była domyślić. W końcu zadawał się z tymi okropnymi ludźmi, Averym i Mulciberem, którzy uprawiali czarną magię, nawet się z tym nie kryjąc. Wszyscy wiedzieli, że w przyszłości zostaną śmierciożercami, a oni sami wydawali się być z tego wręcz dumni. A Sev najwyraźniej był jednym z nich. Tyle razy zapewniał ją, że to nie prawda, że w końcu mu uwierzyła. Lily było wręcz wstyd, że była taka naiwna. Z jednej strony, to może dobrze się stało, że ujrzała w końcu jego prawdziwą naturę…
 No i ten cały James Potter. Lily nie rozumiała, jak można być aż takim palantem! To on to wszystko zaczął, to wszystko jego wina! Cały rok błaznował próbując jej zaimponować i sprawić, że się z nim umówi, co dziewczyna skutecznie ignorowała.  Tym razem jednak przesadził. Szantażował ją mówiąc, że zostawi Severusa w spokoju, jeżeli ona się z nim umówi. Niedoczekanie!
Jednak z jednego Lily była dumna. Pod wpływem emocji wygarnęła mu, co o nim myśli. Mimochodem uśmiechnęła się na to wspomnienie.
„Targasz sobie włosy, żeby wyglądać tak,  jakbyś dopiero co zsiadł ze swojej miotły, popisujesz się tym głupim zniczem, chodzisz po korytarzach i miotasz zaklęcia na każdego, kto cię uraził, żeby pokazać, co potrafisz… Dziwię się, że twoja miotła może w ogóle wystartować z tobą i twoim wielkim napuszonym łbem. Mdli mnie na twój widok!”
Jednak to niewiele zmieniało. Wątpiła, żeby do niego cokolwiek dotarło. Żeby jej słowa miały sprawić, że będzie lepszym człowiekiem.
- Lily – usłyszała w pewnym momencie głos Mary Macdonald, a na ramieniu poczuła jej delikatny dotyk – on tam jest i koniecznie chce z tobą porozmawiać.
- To powiedz mu, że nie ma na co liczyć, niech sobie stąd idzie! – odpowiedziała chowając głowę w poduszkę.
Późnym wieczorem udało jej się w końcu opanować emocje. Wykąpała się, ubrała w piżamę i już miała się kłaść do łóżka, kiedy zauważyła stojącą w rogu Mary. Dziewczyna wyglądała tak, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie wiedziała, czy powinna.
- Co jest Mary? – zapytała łagodnym głosem.
- Chodzi o niego… On tam ciągle jest. Powiedział, że będzie spać pod portretem Grubej Damy i czekał, dopóki nie wyjdziesz i z nim nie porozmawiasz! – wyrzuciła z siebie w końcu dziewczyna.
Lily westchnęła cicho. Co prawda postanowiła już nigdy więcej z nim nie rozmawiać, ale czuła, że powinna oficjalnie, raz na zawsze zakończyć tę znajomość. Dziewczyna chwyciła szlafrok, zarzuciła go na siebie i w ciszy wyszła z dormitorium. Gdy przeszła przez dziurę w portrecie prawie potknęła się o leżącego na ziemi Ślizgona.
- Lily, tak mi przykro… – zaczął mówić, pośpiesznie wstając z podłogi.
- Nie interesuje mnie to – odpowiedziała dziewczyna stanowczo, zakładając ręce na piersiach.
- Przepraszam! – niemal wyłkał chłopak.
- Oszczędź sobie płuc.
- Lily, błagam cię, wybacz mi! Nie chciałem nazwać cię szlamą! To mi się po prostu…
- Wyrwało, tak? – zapytała dziewczyna ze złością. – Już za późno. Tłumaczyłam się za ciebie przez kilka lat. Wszyscy się dziwią, że w ogóle z tobą rozmawiam. Ty i ci twoi przyjaciele śmierciożercy… no i co, nawet nie możesz zaprzeczyć! Nie możesz zaprzeczyć, że wy wszyscy chcecie nimi zostać. Nie możesz doczekać się chwili, kiedy zostaniesz sługą Sam-Wiesz-Kogo, prawda?
Chłopak otworzył usta, ale zaraz je zamknął, nie wypowiedziawszy ani słowa.
- Nie mogę już dłużej udawać. Ty wybrałeś swoją drogę, a ja wybrałam swoją.
- Nie… Wysłuchaj mnie, ja nie chciałem…
- … nazwać mnie szlamą? Przecież tak nazywasz każdego, kto urodził się w rodzinie mugoli Severusie. Czym ja się różnię?
Dziewczyna odwróciła się na pięcie i wróciła do pokoju wspólnego Gryfonów, zanim chłopak zdążył cokolwiek powiedzieć. Nie musiała czekać na jego odpowiedź. Znała ją.
Już zmierzała w stronę dormitorium, ale zatrzymał ją czyjś dotyk na swoim ramieniu. Lily odwróciła się powoli i zadarła lekko głowę, żeby móc spojrzeć w orzechowe oczy Jamesa Pottera.
- Czego ode mnie chcesz? – warknęła.
- Porozmawiać. Przeprosić. Wszystko wyjaśnić. Wytłumaczyć się – odpowiedział chłopak. W jego oczach widać było prawdziwą skruchę. Takiego Jamesa Pottera nie widziała jeszcze nigdy w życiu, więc mimo swojej odrazy wobec jego osoby, postanowiła poświęcić mu chwilę czasu.
Chłopak wskazał jej kanapę naprzeciwko kominka. Lily usiadła i spojrzała wyczekującym wzrokiem na zajmującego miejsce obok niej Gryfona.
- On nie jest taki jak myślisz. Przy tobie zachowuje się inaczej, ale nie raz widziałem, jak krzywdzi inne osoby. Jeżeli wybuchnie wojna, a wygląda na to, że to nieuniknione, on cię nie ochroni. Nie będzie w stanie. Nie powinnaś mu ufać, on…
- Doskonale o tym wiem – przerwała mu dziewczyna. – Właśnie mu oznajmiłam, że to koniec naszej przyjaźni.
- Naprawdę? Och, to wspaniale! W takim razie teraz rozumiesz, czemu uprzykrzamy życie Ślizgonom. Rozumiesz, że dla przyszłych śmierciożerców nie powinno być litości. Nie rozumiem, czemu Dumbledore pozwala im chodzić do tej szkoły. Gdyby to ode mnie zależało już dawno wszyscy siedzieliby zamknięci w Azkabanie! – powiedział James uderzając zaciśniętą pięścią w swoje udo.
- Uspokój się! Nie można zwalczać zła złem, to nie prowadzi do niczego poza wyniszczeniem! Dumbledore to mądry człowiek, on wie co robi.
- Tak, chyba masz rację… Mogę cię jeszcze o coś zapytać?
- Słucham.
- Czy to, co o mnie dzisiaj powiedziałaś… Czy naprawdę tak myślisz? – zapytał się chłopak robiąc minę zbitego psa. Lily poczuła się lekko zmieszana.
- Tak… - odpowiedziała cicho, spuszczając wzrok. – Powinnam już chyba iść…
- Nie, poczekaj! – wykrzyknął łapiąc ją za rękę. – To, co powiedziałaś, pozwoliło mi w pewnym sensie przejrzeć na oczy. Ja… nie wiedziałem, że inni mogą tak odbierać moje zachowanie. Postaram się zmienić, obiecuję. Dla ciebie – dodał, wciąż trzymając Lily za rękę i patrząc jej głęboko w oczy.
Dziewczynie zrobiło się gorąco i poczuła dziwne mrowienie na całym ciele. Chciała wstać i odejść, ale jakaś niezauważalna siła jej na to nie pozwalała. Siedzieli tak jeszcze przez chwilę, aż nagle Lily zauważyła, że twarz Jamesa niebezpiecznie zbliża się do jej własnej.
- Co ty robisz? – zapytała zdziwiona.
- Próbuję cię pocałować, myślałem, że to odpowiedni moment.
- Jesteś niemożliwy! – zaśmiała się dziewczyna, po czym odeszła w stroną dormitorium, lekko kołysząc biodrami.
__________________________________
W końcu udało mi się napisać ten rozdział :)
Muszę przyznać, że bardzo obawiałam się tego piątego roku. W końcu był on przełomowy i chciałam opisać go w odpowiedni sposób. Mam nadzieję, że nie wyszło najgorzej :)
Kursywą zaznaczyłam cytaty pochodzące z książek, bo postanowiłam się nimi posiłkować.
P.S. Jak Wam się podoba mój nowy szablon? Bo ja go uwielbiam <3 Jeszcze raz dziękuję Jill z Zaczarowanych Szablonów za świetną robotę! :)